Gazeta IT, nr 44, maj 2006 r.
 

Lumenalna Elektroniczna Mechaneurystyka
 

Lem - wspomnienie, marzec 2006

Nie wiem czy ktokolwiek z nas, informatyków, zgodzi się ze mną, ale uważam, że Lem dla pewnej części był i dłużej lub krócej będzie punktem odniesienia, inspiracją, źródłem wiedzy i wzorem w postrzeganiu świata, radzenia sobie z nim i z naszą profesją. Dla tej części informatyków, którzy nie są tylko dokładnymi, precyzyjnymi, zorientowanymi na cel istotami tworzącymi programy, budującymi systemy czy zarządzającymi nimi. Tej części, na która składają się nie tylko ci mędrcy od oka i szkiełka, ale składają się ludzie, w których ich suchej, nudnej, dokładnej naturze matematycznej towarzyszy czasami czuły, czasami postrzelony, nawet niekiedy gwałtowny, ale wrażliwy, łatwy do zranienia pierwiastek humanistyczny. Albo, jeśli ktoś woli, towarzyszy romantyzm czy wręcz sentymentalność lub, jak ma się odwagę tak powiedzieć - czułość. I - last but not least - którym jak najbardziej nieobce jest poczucie dystansu do siebie i poczucie humoru - subtelnego, często paradoksalnego, lemowskiego.

 

Jest tak dlatego, że niewątpliwie informatyka to nie tylko sprzęt, to nie tylko programy, nie tylko bity, bajty, słowa, rejestry i adresy. Nie zawaham się powiedzieć, że to wszystko tylko dodatek, gadżet. Inny niż cokolwiek dotychczas, nowy, zajmujący, ale tylko dodatek dla nas - tym razem mam na myśli nas jako ludzi ogólnie, istot obdarzonych zdolnością abstrakcyjnego myślenia w interakcji z uczuciami. Tak, dodatek DLA nas. Dopóki pozostaniemy ludźmi.

 

Takie spojrzenie z pewnego punktu widzenia - tym  razem nas, którzy jesteśmy bardziej niż inni biegli w obsłudze i produkowaniu tych dodatków - jest pełne pokory. Umiejętność takiego podejścia, wręcz pogodzenia się z nim, jest dla mnie kamieniem probierczym naszej, informatyków, odpowiedzialności wspólnotowej jako ludzi. A takiego podejścia nauczyły mnie dzieła Lema. Oczywiście nie sposób twierdzić, że ze wszystkich tych dzieł można się tego nauczyć. Jego spuścizna jest różnorodna. Począwszy od utworów współczesnych, poprzez dzieła humorystyczne osadzone w fantastycznych dekoracjach, powieści stricte fantastyczno-naukowe, w tym mocno informatyczne, a skończywszy na publicystyce oraz na obszernych pracach i rozprawach społecznych, politycznych, filozoficznych i naukowych.

 

Wspomniane dzieła ściśle fantastyczno-naukowe po części nazwałem informatycznymi. Faktycznie mocno były związane z techniką, i z obszarem działalności ludzkiej początkowo nazywanej cybernetyką, a teraz swojsko informatyką. Sporo tych dzieł może nie zadowalać, a często nie zadowala młodszych czytelników (pokolenie lat 80. i 90 XX wieku oraz pierwszej dekady wieku XXI) brakiem fajerwerków, nawet prostotą pomysłów, zwłaszcza technicznych. Ale to nie ma znaczenia. Informatyka, jeśli pominąć błyskotki w postaci gier i wbudowane w komórki quasi aparaty fotograficzne, też jest mało widowiskowa, jest nudna i żmudna. Więc jeśli nawet we wspomnianych dziełach nie było feerii pomysłów technicznych, to technika była, i była tak czy inaczej informatyka, ale przede wszystkim byli ludzie. Do nich wrócę, bo przez chwilę zatrzymam się nad tym, czy faktycznie utwory Lema są o informatyce. Pomijając już to, że kwestia informacji i jej przetwarzania przewijała się w wielu dziełach (przede wszystkim w „Dialogach”, ale też  tytułową mechaneurystyką[1] i termodynamiką logiki[2] w „Obłokach Magellana”), to dla mnie utworami o informatyce, też o informatyce, jest zarówno „Niezwyciężony”, jak i „Solaris”, i – to już trywialne stwierdzenie – „Golem XIV”. W pewnym sensie jest taki utworem „Głos Pana”. Pierwszy utwór może nie jest oczywisty, jak niby nie są oczywiście informatyczne elementy Y. Tyle że te elementy składają się co jakiś czas w zaprogramowaną, mającą cel działania chmurę, a same przez swoją trójwartościowość (trójkońcowość) jakoś dziwnie przypominają pomysł najbardziej oszczędnego zapisu liczb, bo w systemie z podstawą e. Z kolei planetarny twór też jest nie wiadomo czym, ale działa w sposób celowy, więc może być biotycznym, globalnym komputerem. A w ostatnim przypadku, choć tylko jako pretekst do prowadzenia narracji, ale jest aluzja do jakże informatycznego i informatyce potrzebnego generowania liczb losowych. Ale co ważniejsze – we wszystkich utworach są ludzie, również w „Golemie”. Ludzie zderzani z niewiadomym w jakiejś przyszłości, uzbrojeni w rozwinięte rozwiązania techniczne, bo tak będzie, nieważne czy i ile Lem nawymyślał takich rozwiązań. Ale są to ludzie, i to jest clou lemowskiego przesłania do mnie, którzy praktycznie się nie zmieniają. Nie zmieniają się bez względu na to, co ich w sensie gadżetów otacza, z czego korzystają, co im ułatwia byt, przemieszczanie, komunikowanie się. Nie tylko z gwiazd przynoszą swoje ja, swoje słabości, radości i ułomności, ale z tym samym udają się do gwiazd. I nie ma możliwości, aby od tego uciekli. Nawet w kosmos. I tak samo jest w kontekście interakcji ludzi z informatyką. I dlatego to uczy pokory. Pozwala zatrzymać percepcję, lub do niej wrócić, na tych, co nas otaczają.

 

Jest pewne, że dzieła Lema można odczytać jeszcze na inne sposoby. Można się zachwycać choćby jego zabawami z językiem, albo ciętymi alegoriami polityczno-społecznymi. To tylko potwierdzi wielkość jego twórczości. Nawet jeśli będzie budziła odczucia, które by go dziwiły, czy przeciw którym protestował, jak rozumienie „Solaris” przez Tarkowskiego, któremu w pasji powiedział „wy durak”.

 

Dla mnie Lem był erudytą, humanistą, wizjonerem, który pojmował i uczył się cywilizacyjnych rzeczy nowych, potrafił je objaśniać i najczęściej trafnie wskazywał kierunki ich rozwoju. Tak czy inaczej twierdził, że współczesne społeczeństwo przekształca w społeczeństwo informacyjne. Sam nie tworzył nic informatycznego, ale rozumiał ten obszar działalności, i wskazywał, jaki jest jego właściwy wymiar. Ze znakomitymi memento – utworami „Bomba megabitowa” i „Profesor Dońda”. Wspomniana umiejętność uczenia się znakomicie koreluje z pewnym stwierdzeniem, z którym zresztą zgadzam się – prawdziwym informatykiem jest ten, kto potrafi się uczyć.

 

Z tego powodu też, ale przede wszystkim z wymienionych wcześniej był – dla mnie, i może nie tylko dla mnie – honorowym, społecznych, humanistycznym informatykiem, jak najbardziej godnym, aby być honorowym członkiem naszego towarzystwa. Nawet jeśli PTI nie zaznaczyło jego odejścia choćby zdawkowym, oficjalnym czy lakonicznym pożegnaniem – czego żałuję.

 

To, że byłem obok niego w czasie, jest wielką rzeczą, jest nieocenionym podarunkiem od losu. Jest, bo tak wiele pozostawił. Mnie. I nam informatykom – którzy myślą podobnie jak On, Świet(l)ny Informatyk.

 

                                   dr Janusz Dorożyński

członek Polskiego Towarzystwa Informatycznego

   

[1] eufemistycznie cybernetyka, z której wyrosła informatyka

[2] równie aluzyjnie teoria informacji